Google+ Followers

czwartek, 10 stycznia 2013

Małe lotnictwo dla każdego


Uwaga dla czytających ten blog: To jest autentyczne zdarzenie opisane przez człowieka który wszystko to przeżył, jeśli szukasz taniej sensacji to tutaj jej nie ma. W dalszym ciągu mam nadzieję że w miarę swoich możliwości zastanowisz się nad pomocą człowiekowi który ten blog napisał.Dzisiaj mam 59 lat i już się nie nadaję do żadnej pracy.
WSZYSTKO CO JEST TUTAJ OPISANE MIAŁO MIEJSCE NAPRAWDĘ  I STAN FAKTYCZNY JEST TAKI JAK OPISANY.

Niestety miłosierny Bóg  przewidział w swojej łaskawości że po wszystkich problemach związanych z leczeniem następstw wypadku trzeba będzie wrócić do żywych ludzi i do problemów sprzed zdarzenia.W każdym razie wielkie Mu dzięki za życie! 
Z TEGO MIEJSCA PROSZĘ O WASZĄ MODLITWĘ.

             To właśnie ja, tak wyglądałem przed wypadkiem
Dla chcących do mnie napisać poniżej adres e-mail.
k.lesny@wp.pl

Wszyscy marzymy o lataniu więc dla takich ludzi piszę tego bloga. Mam na imię Krystian i zetknąłem się boleśnie z tak prostymi statkami latającymi jak właśnie paraplany. Wymyśliłem sobie że jeśli już miałem wiele zainteresowań to trzeba spróbować czegoś nowego i padło na paraplan jako że łatwy (podobno)w obsłudze a także prosty w pilotażu i no co najważniejsze niezbyt drogi. Znalazłem takowy na Jednym z serwerów i pojechaliśmy kupić. Sprzedawca nawet przed sprzedażą go wypróbował i pokazał w locie,więc byliśmy pewni że nie kupujemy przysłowiowego kota w worku. Wszystko byłoby w porządku gdyby przed zakupem ktoś z nas wiedział co mamy kupić i co przedstawia wartość samą w sobie jako paraplan. Dopiero po zakupie wpadłem na pomysł że łatwość w obsłudze to jedno a korzystanie z tego co kupiliśmy to drugie.Pojechałem więc na nauki do kogoś kto powinien wiedzieć o co chodzi i nawet razem trochę polataliśmy,a trwało to mniej więcej tydzień i żadnego dokumentu na naukę niestety nie dostałem.
No więc zgodnie z tym co już pisałem zaczęliśmy od przeróbek sprzętu bo wózek niby motolotniowy to jednak zbyt ciężki jak na paraplan. Zaczęliśmy od fotela pilota i z takiego z fiata 126 p zamieniony został na stadionowy tzn. plastykowy i lekki, i wytrzymały zyskaliśmy jakieś 25 kg. dobrze. Potem zaczęły się przeróbki zawieszenia na bardziej miękkie zastosowaliśmy amortyzatory tylnej osi, błąd waga wzrosła o kilka kilogramów.A same amortyzatory nie poprawiały dynamiki lądowań. Nikt się jednak nie przejmował bo skrzydło miało udźwig 360 kg. a wózek z silnikiem ważył ok. 150 kg.czyli pozostaje jeszcze 210 kg.W końcu uznaliśmy że dosyć roboty trzeba polatać a przynajmniej spróbować. I tak jednego dnia właściciel, M. wykorzystał łąkę jednego ze znajomych do prób. I tutaj okazało się że doświadczenia z przeszłości nie wystarczą, licencja pilota samolotowego to w tym przypadku za mało trzeba mieć jeszcze umiejętności z opanowania paraplanu.
Efekt nieudolnych prób:
Złamane śmigło(nie do naprawy) i uszkodzone skrzydło(po prostu rozerwane śmigłem), dostałem polecenie usunięcia usterek, skrzydło trzeba było wysłać do wyspecjalizowanego warsztatu w góry. JESZCZE RAZ NADMIENIAM ŻE SPRZĘT NIE BYŁ MÓJ I NIE MIAŁEM ŻADNEGO UDZIAŁU W NIM.
Naprawa skrzydła trwała ok.3 tygodni ze względu na spore uszkodzenia. Pewnego dnia skrzydło wróciło z naprawy i po sprawdzeniu uznaliśmy że można dalej próbować nasz sprzęt, chociaż pozostało jeszcze wymienić połamane śmigło w poprzednich próbach. Wykonałem to w ciągu kilku godzin jako że dodatkowo posiadaliśmy jeszcze śmigło podstawowe czyli ćwiczebne ale już stałe nieregulowane. Ciąg jego był znacznie mniejszy jak tego wcześniej. jednak specjalnie nie było się czym przejmować ze względu na brak doświadczenia a także na fakt że na tym właśnie śmigle poprzedni właściciel przecież latał.
W końcu doszliśmy do wniosku że jednak pomimo chęci latania trzeba zdobyć jeszcze trochę umiejętności. Na jednym z portali znalazłem adres i telefon człowieka który o paraplanach wie prawie wszystko i po kontakcie umówiłem się z nim na kurs wstępny na jednym z lotnisk poradzieckich na pomorzu gdzie mieliśmy spróbować pouczyć się latania z prawdziwego zdarzenia. Mój znajomy, właściciel, sprzętu nie mógł jednak uczestniczyć w tym kursie a może po prostu nie chciał, i wysłał tylko mnie partycypując w kosztach. No i pojechałem. Po zaznajomieniu ze sprzętem szczęka mi opadła głęboko bo to co zobaczyłem daleko odbiegało od tego co posiadaliśmy. Inny wózek i konstrukcja a także skrzydło o znacznie większym udźwigu, i mocniejszy znacznie silnik ROTAX 912 100 HP. W ciągu tygodnia wykonaliśmy wspólnie kilka lotów i nawet doświadczyłem zaszczytu kołowania samodzielnie po pasie startowym lotniska, a także posterowania sprzętem w locie.
Co akurat było mnie nie potrzebne bo naszym paraplanem wyjeździłem się na ziemi do woli, i oczywiście znałem jego dobre i złe strony jeżeli chodzi o jazdę po ziemi. Natomiast loty były niezapomnianym przeżyciem i czekałem tylko chwili kiedy instruktor zacznie mnie laszować. Moje nadzieje jednak musiały poczekać jako że instruktor nie miał uprawnień do samodzielnego egzaminu i trzeba było jeszcze wykonać kilka lotów wspólnych i w obecności uprawnionych osób wykonać lot samodzielny, co miało nastąpić w późniejszym terminie. Rozstaliśmy się z zapewnieniem kontynuacji nauki a także z nadzieją na końcowe laszowanie do stopnia pilota paraplanu amatora.
Najgorsze jest to że przed wypadkiem nosiłem się z zamiarem osiedlenia się w okolicach Warszawy(zarabiałem może nie specjalnie dużo ale przyzwoicie) i intensywnie rozglądałem się za jakąś działką budowlaną, kupiłem nawet dwa kontenery socjalne,budowlane do adaptacji na tymczasowy dom puki nie zaczniemy z żoną budować niewielkiego domu. Po wypadku zostałem sam z problemem, I sprzedałem te kontenery żeby pozyskać środki na leczenie, bez mieszkania i bez praktycznie dochodów po za rentą którą otrzymałem z ZUS-u. Nieco ponad 1000 zł.
Pisałem do wszystkich nie wyłączając: Prezydenta RP, Premiera, Rzecznika Praw Obywatelskich, Starosty Mińskiego, oraz organizacji charytatywnych i wszelkich fundacji. Odpowiedź jest zawsze jedna nie jesteśmy w stanie Panu pomóc i proszę szukać sponsorów. 
Cały problem polega na tym że teraz z człowieka optymistycznie nastawionego do życia stałem się trochę zwierzęciem walczącym o przetrwanie. Jakoś nikt nie spieszy z pomocą i propozycjami, dopóki się ruszałem i jako tako było ze zdrowiem było mnóstwo znajomych i kolegów, teraz mało kto odpowiada i odbiera moje telefony.Nawet nie reagują na prośby wysyłane przez e-mail. Wniosek jest prosty,  może jakiś dworzec kolejowy gdzie też będzie walka. Jestem bardzo zdesperowany bo nie bardzo wiem co dalej robić.
Teraz chyba będzie bardziej ciekawie.
 Otóż we wrześniu 2009 roku był piknik lotniczy na jednym ze sportowych lotnisk koło Warszawy, bardzo chciałem na tenże piknik pojechać i wstępnie umówiłem się z właścicielem paraplanu że pojedziemy, jednak z jakiś względów(brak chęci oraz potrzeba sprawdzenia moich umiejętności) do wyjazdu nie doszło a w zamian mieliśmy spróbować skrzydło po remoncie w górach które właśnie niedawno doszło do nas s powrotem. Widocznie właściciel paraplanu po swoich nieudanych próbach doszedł do wniosku że trzeba zobaczyć ten paraplan w locie z innym pilotem.
Pojechaliśmy więc na lotnisko prywatne w okolicy Halinowa żeby rozłożyć nasz sprzęt i ewentualnie wypróbować jak zachowuje się po zmianach.
Pojechaliśmy razem samochodem z wózkiem paraplanu na przyczepie, już na miejscu rozłożyłem wszystko na pasie startowym, dolałem paliwa oraz rozgrzałem silnik(Rotax 582 60 HP) wsiadłem, zapiąłem pas (tylko biodrowy) i spróbowałem startu. Poszło nadzwyczaj dobrze, zaraz po krótkim rozbiegu nastąpiło wznoszenie oraz skręt zgodnie z zasadami tzn. strugi od śmigłowe  wymusiły skręt w lewo co jest zgodne z zasadami pracy śmigła. Jednak ja nie mogłem tego skrętu skorygować ze względu na zaplątanie sterówki od skrętu w prawo przy starcie. A żeby poprawić, odplątać sterówkę należało wstać z krzesełka i dosięgnąć do zaplatanej sterówki.
Teraz wszystko odbyło się błyskawicznie. Na torze lotu rosły drzewa w które wleciałem jednak dosyć wysoko w same korony, które jednak zatrzymały sam wózek, natomiast skrzydło siłą inercji i rozpędu(prędkość skrzydła to około 50 km/h.) poleciało do przodu razem z siłą nośną powodując ściągnięcie wózka z wierzchołka drzewa co spowodowało upadek pionowo w dół i uderzenie w ziemię. Skutki okazały się tragiczne, co prawda przeżyłem upadek ale stan mojego zdrowia był tragiczny.Od momentu startu do samego wypadku upłynęło może 15 sek. Na szczęście tego już nie pamiętam bo po uderzeniu straciłem przytomność. Jak się okazuje doznałem wielokrotnych złamań obu nóg a także staw skokowy lewy wyskoczył przez skórę nogi i wbił się do ziemi(buty!!!).Zdjęcia nóg poniżej. Lusterko wsteczne zamontowane przez właściciela spowodowało wielokrotne złamania kości twarzy, oraz amputację urazową lewego oczodołu razem z okiem(poświadczone 34 złamania kości twarzy i szczęki o wybitych zębach już nie mówię). Okuliści w szpitalu zadecydowali że nie uda się uratować lewego oka i Lekarze Kliniki Twarzowo Szczękowej - którzy mnie składali złożyli tylko ładnie wizualnie nie biorąc pod uwagę wektorów patrzenia oka które miało przecież nie widzieć. Do dnia dzisiejszego walczę z tym okiem w Krakowie i może coś się uda, chociaż wątpię bo będzie już czwarta operacja (z 24 które w sumie przeszedłem)i efektów nie ma. Będę jeszcze dalej opisywał mój stan zdrowia razem z wyjściem z ciała co polecam szczególnie.
Nasuwa się pierwsze podsumowanie:
Nie wolno bawić się w takie sporty bez przygotowania tzn. solidnego kursu z  instruktorem i laszowaniem do tytułu pilota. W żadnym wypadku nie wolno samodzielnie próbować latania bo jest to zagrożenie śmiercią,lub trwałym kalectwem. Samo jednak uprawnienie to nie wszystko trzeba jeszcze mieć UBEZPIECZENIE oraz czteropunktowe pasy bezpieczeństwa, oraz chociaż minimalne doświadczenie w lotach samodzielnych pod okiem instruktora. O ironio zamówiłem takie ze spadochronu ratunkowego i przyszła informacja dzień po wypadku że można odebrać. Szkoda tylko że jeden dzień za późno(przynajmniej bym normalnie widział). 
Jak pisałem wcześniej straciłem przytomność w momencie uderzenia w ziemię i chyba dobrze bo ból byłby nie do wytrzymania. Co prawda lekarze stwierdzili że po przyjeździe byłem w stanie przytomnym jednak coś pokręcili bo nic nie pamiętam. Z opowiadań żony wiem że zostałem błyskawicznie za-intubowany i ostatecznie uśpiony. Obudziłem się gdzieś około drugiej połowy listopada  w OIOMIE na Sali ogólnej chociaż wiem że długo przebywałem na pojedynczej. No i w końcu zaczęły się sny bardzo dziwne, w jednym byłem gdzieś na wsi i przyjechał Marszałek Piłsudski zapraszając mnie do stołu i nalewając wódkę. Ja jestem abstynentem no jednak nie mogłem odmówić takiemu gościowi(dobrze że to było we śnie).
Potem miałem sny, o jakieś wspólnocie azjatyckiej gdzie bardzo się zwracało uwagę na czystość rąk. Awansowałem nawet na szefa tejże wspólnoty i wszyscy bardzo się ze mną liczyli. No i w końcu przyszło obudzenie a był już początek grudnia 2009 roku. Z przerażeniem stwierdziłem że obie nogi są w butach z gipsu i kości śródstopia są przykręcone do tychże butów, a ja leżę i nie mogę się ruszyć o przewróceniu na bok mogłem tylko pomarzyć. I wtedy miałem wrażenie że jeżdżę z jakimiś ludźmi w specjalnej windzie i że ci ludzie są silnie napromieniowani a moją rolą jest zdejmować z nich to napromieniowanie. Później dowiedziałem się że jest to forma terapii przy zakażeniach kostnych.Nie wiem ile w tym prawdy ale bywało że budziłem się razem z łóżkiem w różnych miejscach po za salą w której leżałem, Pamiętam też jakiś gaz który nie pozwalał normalnie oddychać. Możliwe że była to jakaś terapia, ale pamiętam kroplówki takie dosyć ciemne po których traciłem przytomność. Kiedyś z nudów policzyłem rurki podpięte do mnie i naliczyłem 34 szt. Nawet była scysja z lekarzem bo jak mi wpinali te rurki to mnie trochę bolało, tym bardziej że uczyły się to robić praktykantki ze szkoły pielęgniarskiej, i w efekcie tej scysji założyli mi taki koncentrator który pozwalał na wpinanie wielu kroplówek.
No i nastała codzienność szpitalna i chociaż byłem na jednoosobowej Sali cały czas coś się koło mnie działo, okuliści robili swoje doświadczenia mieli materiał do prób, i znowu pamiętam że miałem podpiętą kamerę zamiast lewego oka i nawet była opcja regulacji matrycy, dalej jeździłem z napromieniowanymi , dalej też miałem niesamowite sny spowodowane pewnie częstymi narkozami i zabiegami. Dalej też wystawały ze mnie rurki w takiej samej ilości ale już nikt mnie nie wkłuł ani na mnie się nie uczył trafiać w żyłę. Pewnego dnia zostałem przewieziony na kolejna operację i coś widać lekarzom nie wyszło bo pamiętam dobrze i wyraźnie że wyszedłem z ciała i zacząłem oglądać swoje organy wewnętrzne. Nawet zdziwiłem się bo płuca miałem czyste i różowe a przecież paliłem tyle lat, ale serducho wyglądało jakby miało za chwilę stanąć. Najbardziej zdziwiło mnie ze po prostu nie mam ciała tylko sam wzrok. Nie było rąk i nóg ani korpusu tylko sam wzrok jakby włożony w taką rurkę. No i brak jakikolwiek oznak czucia czy też bólu co mi się nawet spodobało.Najfajniejsze jednak w tym było że miałem taką wewnętrzną potrzebę radości i nie pamiętałem o niczym z życia tylko beztroska i powrót z powrotem nie tylko mnie nie ucieszył ale wręcz zmartwił chociaż nie pamiętam decyzji o powrocie i stało się to jakoś samo z siebie.W końcu lekarze się jakoś tak szybciej zakręcili i coś mi kazało wracać do moich różowych płuc z powrotem. W końcu stało się zostałem zakwalifikowany do wypisu okresowego w dniu 09.12.2009 roku. Przyjechała karetka i zabrali mnie do „domu” czyli do firmy gdzie Szef wynajmował mi mieszkanie(tak naprawdę, przeznaczone dla jego gości)i po podniesieniu wózkiem widłowym noszy ze mną, na pierwsze piętro w hali produkcyjnej, zostałem sturlany na wcześniej przygotowane łóżko rehabilitacyjne. Szef, zapewniał mnie o dobrych swoich zamiarach w stosunku do mnie ale jakoś odczułem to nieszczerze..........
Potem było już tylko gorzej. Co prawda myślałem że kaleka może jeszcze pracować i za namową Szefa pracowałem co zaowocowało sprzedażą nawet jednej maszyny(nadmienię że maszyny te są niezwykle trudne do sprzedaży,drogie i specjalistyczne).Nie przewidziałem jednak że może być to wszystko zaaranżowane przez mojego byłego Szefa w celu wskazania moich słabości i pozbycia się mnie z firmy na zawsze. Dziwne że mojemu Szefowi jakoś nie spodobało się to że mi się udało chociaż powinno być akurat odwrotnie. Ale nie wziąłem pod uwagę faktu że przecież jestem niewygodnym obciążeniem dla mojego byłego Szefa i nie bardzo mam możliwość liczyć na względy, po za zniknięciem z jego życia i firmy. Jakiż byłem naiwny!!! Co też się stało.Chcąc zakończyć wrażenia szpitalne powiem jeszcze że po wielu pobytach w szpitalu i w końcu po operacji artrodezy i miesięcznym pobycie w gipsie lekarz mój zdjął gips z lewej nogi i zaraz na drugi dzień przysłał rehabilitantkę do nauki chodzenia. Pierwszego kroku nie zapomnę do śmierci, potworny ból w kościach śródstopia ale ze łzami w oczach próbujemy. W końcu po wielu próbach udaje mi się nastąpić na nogę w miarę pewnie ale nie bez bólu. w sumie do dzisiaj boli mnie ta lewa stopa i tylko to że muszę chodzić zmusza mnie do treningu.   Więc dzisiaj jestem tylko z żoną na mojej rencie bez żadnych widoków na lepsze życie.
Mimo że Państwo nasze ma charakter opiekuńczy to boję się bardzo co będzie dalej. 
 A swoją drogą trochę się dziwię taki spec od marketingu jak ja i nie ma co robić. Chyba rzeczywiście idą ciężkie czasy na nasze  życie bo skoro specjaliści nie mają roboty??? 
W sumie jak byłem w miarę zdrowy to nie zwracałem uwagi na tzw. służby ale okazuje się że to wszystko ładnie wygląda w mediach, a w życiu jest tak jak zawsze czyli nie ma możliwości. Dopiero są jakiekolwiek efekty jak jest zagrożenie życia, zdrowia itp. i zostało nagłośnione w mediach.  
Najgorsze jednak jest to że żeby się mnie pozbyć napuścił na mnie Ukraińca Viktora K. z Umania na Ukrainie zresztą jak wcześniej zauważyłem wielkiego fana Bandery który zorganizował zbrodnię Wołyńską, który dobrze się przyłożył i mu się udało a że przy okazji pozbawił mnie oszczędności to już inny problem. I jak teraz mam się litować wydarzeniami na Ukrainie po takim podejściu  niby kolegi z Ukrainy.I tego właśnie nie mogę mu wybaczyć i mimo że mam żonę pochodzenia Ukraińskiego nienawidzę wszystkiego co Ukraińskie i dziwi mnie ta Polska histeria co do Majdanu w Kijowie jak tam wszystko odbywa się za pieniądze.
W międzyczasie byłem w pracy winny(pośrednio)wypadkowi i postanowiłem skończyć moją przygodę z górnictwem przynajmniej na jakiś czas. Poznałem dziewczynę w kieleckim i postanowiłem się do niej wprowadzić tym bardziej że jej matka i ojciec nie byli przeciwni. W międzyczasie poszedłem do wojska i jakoś padło na desant gdzie służyłem do 1975 roku(oddałem 85 skoków ze spadochronem,skakałem z kadrą bo lubiłem) i po wojsku zaczęliśmy myśleć o małżeństwie. W końcu pobraliśmy się i w dwa lata po ślubie mieliśmy już dwoje dzieci córkę i syna. W związku ze słabą pracą na miejscu postanowiłem ruszyć do pracy na Śląsku i w efekcie uzyskałem pracę w kopalni „Szczygłowice” w Knurowie i po paru miesiącach służbowe mieszkanie w takiej samej dzielnicy. Ściągnąłem zonę i dzieci na Śląsk gdzie mieszkają do dzisiaj. Tylko Córka przeniosła się w okolice babci w kieleckie.
Później plątałem się po świecie i pracowałem np. w „Bumarze Łabędy” przy montażu czołgów T-72 aż wylądowałem w prywatnym biznesie przy produkcji napoi koło Krzeszowic w małopolskim. Zaznajomiony przedsiębiorca zlecił mi wykonanie linii do produkcji szampana na Ukrainie. Po udanym montażu pracuję przy linii a następnie przenoszę ją do Rosji do rejonu Kaliningradskiego gdzie buduję fabrykę od podstaw, zresztą z pełnym sukcesem do ruchomienia produkcji.
W końcu ląduję w mazowieckim przy produkcji i naprawie etykieciarek gdzie skończyła się moja kariera zawodowa dzięki jego Szefowi . Tam właśnie pracowałem najpierw jako ślusarz monter później pracownik marketingu gdzie miałem niezłe wyniki. Reszta informacji jest na moim blogu powyżej, chociaż jeszcze pracowałem w górach jako kierownik ośrodków w Piwnicznej Zdroju. To tak po krótce jeśli ktoś jeszcze jest zainteresowany to oczywiście dopiszę na e-mail.
  W dalszym ciągu jeszcze próbuję reklamować bloga poprzez wstawianie go na np.Onecie, oraz Interii ale tam już się chyba zorientowali bo odpowiedzi dostaje coraz mniej od ludzi którzy się jako tako interesują swoimi bliźnimi. 
 Jednak gorąco zachęcam do przekazywania znajomym lub dobrze sytuowanym ludziom linku lub nawet innej formy przekazu, wielu ludzi chce pomagać a nie bardzo wiedzą jak i do tych ludzi też chcę dotrzeć. Ja nie mam prawie nic czego nie można powiedzieć o moich rówieśnikach którym się powiodło w życiu. I dla tego wiele moich przemyśleń napisałem na blogu i myślę że zrozumieliście wszystko.  Dla mnie WOŚP ani inna organizacja nie zagra mogę liczyć tylko na WAS. Pozostawiam Wam to do przemyślenia i pisania do mnie na e-mail jestem do Waszej dyspozycji.
 Powtarzam mój e-mail:k.lesny@wp.pl
 Trochę to wszystko brzmi jak żebractwo ale cóż Państwo nie pali się do pomocy, szkoda.  A mówi się że w Polsce żyje źle wychowana młodzież, zadaję kłam takim osądom.
Zaczyna wracać zaufanie do ludzi dobrej woli.

Ludzie zbierają na różne rzeczy jedni na wyjazd w Alpy inni na rozrywkę w szerokim tego stopnia znaczeniu  jednak ja zbieram tylko na przetrwanie i jeśli by jeszcze się udało znaleźć sponsora na mieszkanie żeby wreszcie zapomnieć o tej poniewierce po ludziach. 
 Mamy nowego papieża i myślę że może z jego wyborem również do mnie uśmiechnie się los. 
 Miałem nie pisać o tych co pomagają ale Kevin jest wyjątkiem. I z tego miejsca jeszcze raz pozdrawiam wszystkich którzy mi pomogli i to nie tylko finansowo, dobre słowo też ma niewymierną wartość. 
Chciałbym jeszcze dodać że zdaję sobie sprawę z faktu że w większości ten wypadek to moja wina i porażka bo dałem się zmanipulować jak małe dziecko mając już dzisiaj 59 lat. Nie ma tutaj żadnych innych wątpliwości można było nie wsiadać i nie lecieć i nie byłoby problemu,ale poprzez presję właściciela zostałem niejako do tego zmuszony, najgorsze jednak jest to że tak wiele różnych fundacji i innych organizacji które mają w statutach zawarta pomoc potrzebującym nie nadaje się do niczego, proszą o 1% z podatku i ludzie im oddają z tym że wykorzystują te pieniądze chyba tylko na utrzymanie biur a także wypłaty zatrudnionych osób ale nie wynika z tego ze komuś pomagają i przed nikim jakoś się nie rozliczają z wpływów. Pisałem do wielu ale oprócz fundacji wspomnianej wcześniej nikt się nawet głębiej nie zainteresował. Wiem że to temat drażliwy i wiele osób będzie starało się udowodnić że tak nie jest jak piszę ale niewiele mi to mówi bo nie doświadczyłem jakieś serdecznej i z serca pomocy, dlatego też promuję tego bloga i proszę o pomoc Was Internautów czytających tego bloga, tym bardziej że zbliża się termin następnej operacji a ja już naprawdę jestem bez grosza przy duszy, i pod wielką kreską aż żal otwierać stronę w banku.Ale na razie muszę bo operacje są kosztowne a pomocy niestety z znikąd nie mam. Tak że w dalszym ciągu bardzo liczę na Wasze wpłaty i choć nawet niewielkie i tak pomagają w operacyjnych przygotowaniach i w przetrwaniu. 
Zdaję sobie sprawę co o mnie myślicie w tym momencie ale trudno nie mam wyjścia, długi po operacjach powodują że muszę prosić o pomoc na wszelki możliwy sposób jako że z renty po opłaceniu kredytów pozostaje 250,00 PLN a jakoś żyć trzeba, PROSZĘ O WASZĄ POMOC!!!. 
Wielu z Was nie wie jak komuś pomóc, ja nie mogę iść pod kościół ani na dworzec bo poruszam się słabo i stąd ta prośba do Was Internautów o wsparcie bo bardzo trudno mi się żyje.
Na wyraźną prośbę niektórych z Was wpisuję numer konta z powrotem jako że prosicie o to przez e-mail bo podobno łatwiej jest wpłacić jak prosić o numer konta:
Leśny Krystian
ul.XXX-leciaPRL nr.12  05-311 Dębe Wielkie
mBank: 85 1140 2004 0000 3102 7445 8635 
Numer rachunku IBAN :PL85114020040000310274458635
Numer BIC :BREXPLPWMBK 
  Za każdą pomoc będę wdzięczny i pamiętajcie że taka pomoc naprawdę Wam się opłaca. Bóg chociaż nierychliwy to jednak widzi Wasze dobre uczynki i na pewno pomoc doceni w Waszych przyszłych poczynaniach. Z życia wiem że ci co mi już pomogli odnieśli już sukcesy bo mi o tym pisali. Tym bardziej że jak pomagacie naprawdę potrzebującym to pomoc wynagradzana jest w dwójnasób. 
Mało tego, biorąc pod uwagę Rosyjskie przysłowie że będziesz żarł sam to się udławisz(budiesz żrać sam podawiszsja)zawsze dzielę się pieniędzmi otrzymywanymi od Was z fundacjami potrzebującymi pomocy jak te które pomagają dzieciom.
Dodam jeszcze że mimo moich usilnych starań w dalszym ciągu nic się nie dzieje w kierunku uzyskania przez moją rodzinę jakiegokolwiek mieszkania a co za tym idzie jestem na krótkiej drodze do bezdomności . Ale liczę że los wreszcie się do mojej rodziny uśmiechnie przecież nie można człowieka gnębić w nieskończoność. 
No i stało się to czego najbardziej się bałem dostałem wymówienie z działek od pani od której wynajmowałem domek i proszę sobie wyobrazić że zażądała natychmiastowej wyprowadzki.  Właścicielka działki postąpiła niegodziwie ale to przecież niegodna osoba to inaczej postąpić nie umie po prostu. Zachowywała się bardzo niestabilnie raz dawała wymówienie innym razem niby godziła się na zostanie, ale nie mogłem ryzykować(na nosie zima) i po prostu się wyprowadziłem. Nie robi się takich rzeczy przed zimą, ale jednak lepiej teraz niż np. w styczniu,  trudno znalazłem mieszkanie niedaleko w budynku gospodarczym ale za dużo wyższą cenę i nie wiem jak teraz sobie poradzę tym bardziej że oczekuję jeszcze jednej operacji na oczy i zbieram usilnie pieniądze żeby się odbyła. Trudno w życiu spotykają nas zawsze trudne wyzwania i trzeba je podejmować a także sobie z nimi radzić co też czynię na co dzień i myślę jak mi się to udaje. , 
I CHCE TYLKO PRZETRWAĆ !!!
Chciałbym zaapelować że mimo iż mój blog wygląda na żebranie to jednak nie mam wyjścia już nikt niestety mnie nie zatrudni nawet w tzw. chałupnictwie.
---------------------------------------------------------------------------------
Jeszcze daję ciekawego linka o II tajemnicy Fatimskiej.
LINK: http:
http://www.youtube.com/watch?v=XKsz-1WsI5k&feature=youtube_gdata

Od dłuższego czasu zastój w całej 

mojej sprawie i nic nowego się nie 

dzieje, Pan Burmistrz też 

milczy. 
Po wszelkich zainicjowanych przeróbkach będę 

dalej reklamował swój blog w nadziei że 

znajdzie się wreszcie chętny do pomocy.


Tak teraz mieszkam po usunięciu mnie z działek.


Dla dociekliwych jeden z dokumentów przesłany ze szpitala do prokuratury po wypadku.





Dla ciekawych dołączam najnowsze zdjęcia moich nóg, które uwierzcie nieziemsko bolą od czasu jak zaczęły budzić się do życia.Najgorsze w tym jest jednak to że lekarz nie usunie tych blach do mojej śmierci.Źle także jest ze wzrokiem którego lekarze nawet najlepsi nie chcą już operować.
Zrobiłem nowe zdjęcia w szpitalu i 4 zdjęcia pokazuję.










                              Tak właśnie teraz wyglądam i dlatego noszę opaskę "diplopia"


                                     Wygląd przed wypadkiem            
                                    Tak wyglądał wózek przed sprzedażą



                 A tak zrobiła zdjęcie prokuratura po wypadku